Legendy z Żuław

Die Schwente (Święta)

      Specyficzne są stosunki wodne  tzw. Żuław, delty Wisły między Nogatem a Wisłą. Nie mniej ważną rolę pełni Linau, która, podobna do rozgałęzionego jeziora z wieloma ramionami o różnej głębokości i szerokości, przedstawia w pewnym sensie niezwykły, stary system wodny, ale podczas budowy kanału Wisła-Port z Michałowa/Rothebude do Stobieca/Stobbendorf jest korzystnie wykorzystana. Podobna sytuacja znajduje miejsce dalej w dole Tugi, która w szczególny sposób w jej górnym biegu jako rzeczka nadbrzeżna pomiędzy tymi nadmienionymi wodami nosi inną nazwę: Schwente. Tą samą nazwę otrzymało piwo warzone w małym miasteczku Nowy Staw/Neuteich (najprawdopodobniej w formie drwiny z powodu podobieństwa wyglądu lub smaku, jak ścieki w rynsztoku) wtedy, gdy pod Wielkim Mistrzem Konradem von Erlichshausen (1441 – 1449) dwaj swawolni kompani z braci zakonnej wędrując po kraju i próbując wszędzie piwa, nadawali im różne przezwiska. Skąd właściwie pochodzi ta nazwa Schwente, jest niewiadome – raczej nie z polskiego, gdzie wówczas oznaczałaby “świętą rzekę”, ponieważ nazwa ta pojawiła się dosyć wcześnie, kiedy nie może być mowy o polskim panowaniu ani opolskich wpływach. Tak na marginesie w jednej ze starych kronik wspomniano, że w rzeczce tej w okolicy Nowego Stawu odkryto prastare pnie dębowe, czarne i twarde jak żelazo i o których nikt nie mógł powiedzieć, jak tam trafiły, ponieważ w okolicy żadne nie rosły. Ten fakt, o ile jest prawdziwy, może świadczyć o wielkich zmianach na żuławskiej ziemi, ale nie może to wskazywać na “świętą” i nazwa ta może mieć całkiem inne pochodzenie, które jeszcze nie zostało odkryte.


Diabelski kamień  

      Był raz pewien diabeł, którego Lucyfer wysłał z piekła na Żuławy. Miał przyprowadzić jak najwięcej dusz żuławskich gburów. Diabeł nie umiał jednak  kusić ludzi, nikt nie nabierał się na jego obietnice i przyrzeczenia. Jedyne, co tak naprawdę potrafił, to grać w karty. Nie było od niego lepszego w cały piekle! Znalazł, więc duży kamień pod Malborkiem i tam zapraszał chłopów z okolicy, by rozegrali z nim kilka partyjek. Zawsze najpierw pokazywał graczowi złoto i diamenty, które tamten mógł wygrać, potem  pytał, co przeciwnik może zaproponować ze swej strony. Zawsze ostatecznie kładł na szali swoją duszę. W ten sposób sprytny diabeł sprowadzał do piekła coraz więcej chłopskich dusz. Wkrótce jednak baby zaczęły się martwić. Co noc, jeden z gospodarzy wychodził, by zagrać w karty i już nigdy nie wracał. Jedne lamentowały, inne klęły ze złości. Wszystkie jednak postanowiły, że coś trzeba z tym diabłem zrobić. Zebrały się na naradę.- Niedługo zabierze nam wszystkich chłopów! Kto będzie uprawiał ziemię? – biadoliła jedna.- Trzeba go jakoś stąd wypędzić! – uderzała pięścią w stół druga.- A może po prostu trzeba go ograć w te karty? – zaproponowała trzecia. I tej wszystkie przyklasnęły. Wybrały spośród siebie dwie, które udały się do starego Franka. Kiedyś był on znany jako wspaniały karciarz. Stale wygrywał i gromadził majątek. Ale nie były to uczciwie zarobione pieniądze. Dlatego przyszedł dzień, kiedy karta się od niego odwróciła i od tej pory nie wygrał złamanego grosza. Został żebrakiem Mieszkał za wsią. Dawniej mówiono o nim, że nie ma sobie równych na ziemi. Teraz baby przyszły go prosić, by przekonał się, czy i w piekle nikt mu nie dorówna.- Baby, czyście oszalały?! Przecież ja już tyle lat nie gram! A nawet jeśli – to nie wygrywam. Moja dobra passa już się skończyła...- Ale tylko ty możesz nam pomóc. Teraz zagrasz w słusznej sprawie. Ocalisz chłopów przed wiecznym potępieniem. -  Spróbuję. I tak też zrobił. Poszedł nocą i odnalazł kamień. Diabeł już siedział i czekał na gracza. Pokazał mu wspaniałe skarby i obiecał, że jeśli wygra należeć będą do niego.  W zamian zażądał duszy Franka. Stary był jednak nie usatysfakcjonowany. Uważał, że jego dusza warta jest, co najmniej pięć razy tyle.  Diabeł przystał na to.  Gra się rozpoczęła.    Baby czekały niecierpliwie we wsi. Co rusz to któraś chciała iść i podpatrzeć, co się dzieje przy kamieniu.  Wreszcie, nie mogąc poskromić swej ciekawości, zebrały się wszystkie i poszły razem. Gdy nadeszły zobaczyły właśnie, jak diabeł okrutnie rozwścieklony uderzył ręką o kamień, tak, że drobne kamyczki prysnęły dokoła. Potem chwycił wory ze złotem i diamentami i krzyknął:-          Weź to sobie, wygrałeś, ale wiedz, że jak jeszcze raz dotkniesz kart, zjawię się ja i zabiorę twoją duszę wprost do piekła. I zniknął. Franek nie miał już nigdy ochoty grać.  Za majątek, który wygrał kupił sobie gospodarstwo. Stał się szanowanym gburem. A na kamieniu do dziś widnieje odcisk dłoni diabła, jako pamiątka po tamtych wydarzeniach.


Tryfta trosk

      Tam, gdzie dziś biegnie szosa z Nowego Stawu do Pręgowa, była niegdyś wiejska droga zwana tryftą trosk. Po obu stronach ograniczona rowami, wiła się wśród pól. Przy niej znajdowało się przedziwne, tajemnicze miejsce. Na pierwszy rzut oka wyglądało zupełnie zwyczajnie. Ot, krzaki, trawa i zioła. Ale starzy ludzie pamiętali, że przemieszkiwali tam żebracy. Musieli popełniać straszne zbrodnie, bo gdy ruszali dalej, pozostawały po nich duchy. Podczas krótkich, ciepłych letnich nocy można było wśród krzewów i traw zobaczyć dziwne światełka i ogniki. To, jak powiadają ludzie, świcki - uwięzione dusze dzieci i sierot porwanych przez żebraków i pozostawionych tam na śmierć głodową. Pojawiały się o północy i rozpoczynały dziwny taniec. Trwało to godzinę. O pierwszej wszystko znikało i znowu nastawała ciemność. A nazwę tryfcie nadali ludzie, którzy przekonali się, jak trudno pokonać tę drogę podczas jesiennych deszczy. Pełna wody i błota była zupełnie nieprzejezdna. Dlatego też w 1894 roku wybudowano tu szosę. Wtedy też zniknęły świątki. Nikt nigdy już ich tam nie zobaczył


 Diabelski taniec

       Przed laty żyła w Nowym Stawie piękna Katarzyna. Matka nie miała z niej żadnego  pożytku. Dziewczyna całymi dniami przeglądała się w lustrze, przymierzała suknie i korale, zawiązywała na włosach kokardy, ale do pracy nie można jej było zagonić. Zamiast pracować, wolała tańcować. Każdą miejską zabawę spędzała w obrotach, podskokach i przytupańcach, otoczona adoratorami. Pewnego razu znów zapowiedziano niedzielną potańcówkę. Kasia poszła rano grzecznie do kościoła, ale głowa jej pełna była planów na wieczór: co ubrać, czym dziś oczarować, jak zapleść włosy. Gdy tylko wróciła, rozpoczęła przygotowania. Matka ostrzegała dziewczynę:- Tak się nie godzi, to grzech w niedzielę tańcować. Siódmy dzień poświęcony jest Bogu. Córko, nie idź tam dzisiaj.- Ależ mamo, jestem młoda, chcę się bawić. Cóż w tym złego, przecież nie z diabłem będę tańcować – zaśmiała się Kasia. I poszła. Sala pełna była młodych, rozbawionych dziewcząt i śmiejących się chłopców. Katarzyna usiadła na ławce pod ścianą, ale nie musiała długo czekać. Niemal natychmiast stanął przed nią elegancki niezwykle przystojny pan o kruczoczarnych włosach i orzechowych oczach. Dziewczyna była zachwycona. Ruszyła z nim do tańca i oniemiała z wrażenia! Taki to był wspaniały tancerz. Delikatny, lecz stanowczy, silny, lecz zwrotny. Wirowała bez opamiętania. Nawet nie usłyszała, kiedy przestała grać muzyka. Tymczasem wszyscy już zeszli z parkietu prócz Kasi i jej towarzysza. Wówczas to jakiś mężczyzna zauważył:- On ma końskie kopyta zamiast stóp! To jest sam diabeł! Orkiestra szybko zaczęła grać pobożną pieśń a rozpoznany chwycił wpół dziewczynę i wraz z nią zapadł się pod ziemię. Pamiętajcie lekkomyślne dziewczęta, co przydarzyło się pięknej Katarzynie. 

 

 

Źródło: opracowanie: Marzena Bernacka, Monika Jasrtrzębska „Baśnie i legendy Żuław i Mierzei Wiślanej”, wydawnictwo: Marek Opitz


Data publikacji: 21-07-2011 12:03 Opublikował: Anna Uzdowska Powrót do poprzedniej strony »
Loading